„Polka w krainie fiordów”. Skąd wziął się pomysł przeprowadzki do Norwegii? Serce. A właściwie jego ówczesny lokator. Przeprowadzałam się tu nie ze względu na pracę, szkołę, a dla mężczyzny. On, Polak, mieszkający w Norwegii ponad 20 lat nie wyobrażał sobie powrotu do ojczyzny. Łatwiejsza i chyba bardziej logiczna z punktu widzenia ekonomicznego chociażby, była moja przeprowadzka. Zdecydowałam się rzucić wszystko i pojechać. Pomógł mi w tym nastoletni syn, Jędrzej. Pamiętam doskonale jak powiedział mi, że jeżeli Norwegia da mu możliwość spędzania więcej czasu z matką, to on woli do Norwegii. Dwunastolatek! W Polsce pracowałam w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów hotelu, bywało, że syn nie widział mnie przez kilka dni – po prostu praca w hotelu, w dziale promocji i marketingu wiązała się z tym, że musiałam często pracować do późna i w weekendy. Tak więc to syn zadecydował i – jak twierdzi – nie żałuje. Mimo, że po niecałych dwóch latach od przeprowadzki mój związek rozpadł się, a my (z synem) zmuszeni byliśmy zaczynać wszystko od nowa, sami, na obcym gruncie, w obcym dla nas ciągle kraju i bez żadnego wsparcia.

Jak tu się żyje?

Norwedzy to nie Włosi czy Hiszpanie – nie tryskają humorem na każdym kroku. Są raczej stonowani, skryci czasem, ale i tak czuję tu mnóstwo pozytywnej energii. Oni dbają o siebie i swoje przyjemności. Zaczęłam się tego od nich uczyć – szczerze polecam!

Czyli nie żałujesz wyjazdu z Polski?

Nigdy, za nic w świecie, nie zamieniłabym tej decyzji o wyprowadzce. Co więcej, żałować mogę jedynie, że tak późno do niej doszło. Co czuję teraz? Ja od początku czułam się dobrze w tym kraju. Rok przed przeprowadzką odwiedziłam Norwegię po raz pierwszy w życiu – babski wypad z najlepszą przyjaciółką. Pamiętam jej komentarz po tym jak usłyszała mój jęk zachwytu nad skandynawskim stylem ubierania się Norweżek: „No patrz, ty i te twoje porozciągane swetry jesteście tu jak u siebie”. Jesteśmy, to prawda. Oczywiście są też minusy takiego życia poza granicami Polski. Ja na przykład jestem jedynaczką, która zostawiła w Polsce rodziców, babcię, rodzinę, przyjaciół. Nie dość, że dla nich był to cios w samo serce, to i dla mnie nie było to łatwe. To chyba jedyny aspekt, który sprawia, że czasem się zastanawiam nad tym, czy wybrałam właściwą drogę. Rodzina tęskni. Ja tęsknię. Minęło prawie sześć lat od mojej przeprowadzki i wiele się w między czasie zmieniło. Mój syn jest już pełnoletni. Poza tym w naszej rodzinie jest jeszcze Jonas – mój obecny, szwedzki partner i Matylda – nasza córka. Niezły patchwork, prawda? Nazywają nas tu rodziną międzynarodową. I tak oto dwa miesiące przed czterdziestką jestem szczęśliwą, mieszkającą w Norwegii, mamą 18-latka i 1,5-rocznej Matyldy. Śmieję się czasem, że jestem mamą dwóch jedynaków.

Jak zareagowali Norwedzy? Jak Cię przyjęli?

Ja mam szczęście do ludzi. Ci, których spotkałam i spotykam na swojej drodze, zazwyczaj są mili. Chyba tylko raz zdarzyło mi się trafić na przysłowiową „zołzę”, ale czy w Polsce ich nie ma? Poza tym sąsiedzi dzielą się ze mną warzywami z ogródka, inni proponują pomoc w opiece nad Matyldą. Była właścicielka naszego domu dzierga nam na drutach wełniane ubrania. Na co ja mam narzekać? Zresztą narzekać po prostu nie lubię. Wiem, że jesteś zaangażowana w pomoc osobom, które przyjeżdżają do Norwegii. Zależy mi też na tym, by pomagać takim, jak ja – osobom, które pojawiają się tu, w Norwegii, bez przygotowania. Chętnie udzielam informacji, podpowiadam, rozmawiam, dowiaduję się, załatwiam różne sprawy w czyimś imieniu tu, na miejscu. Mam już całkiem sporo takich przeprowadzonych osób na koncie, spore grono jest też w Polsce, piszemy ze sobą, rozmawiamy. Wszystko przez to, że mam ciągle w tyle głowy to, jak trudno mi tu było na samym początku. Niby przyjechałam do kogoś, niby powinnam liczyć na wsparcie, ale prawda jest taka, że pozostawiono mnie ze wszystkim samej sobie. Dosłownie, ze wszystkim. Teraz, z perspektywy czasu jestem za to wdzięczna i proszę mi wierzyć, nic mnie tak życia nie nauczyło jak ten początek właśnie.

Polka w krainie fiordów

Moje samotne wizyty w urzędach, wtedy jeszcze bez znajomości norweskiego, z kalekim, bo książkowym angielskim… zły akcent, brak osłuchania z językiem… albo ja nie rozumiałam ich, albo oni mnie. Przed każdą taką wizytą w urzędzie przygotowywałam sobie całe scenariusze rozmów – pisemnie opracowując wszystkie frapujące mnie zagadnienia. Na początku po angielsku, z czasem już po norwesku. Całymi dniami studiowałam strony internetowe urzędów i instytucji, po to, by wiedzieć co i gdzie załatwię, gdzie dopełnię formalności. W między czasie pomagałam synowi. On kompletnie nie odnajdywał się w nowym środowisku. Pierwszy miesiąc płakaliśmy razem, chociaż oddzielnie. Nie chciałam pokazać mu, jak ciężko to przechodzę, musiałam dawać mu wsparcie, a nie pokazywać swoją bezradność. Tym bardziej, że po stronie szkoły pojawiło się kilka błędów systemowych, nie poradzili sobie z faktem wprowadzenia do szkoły obcokrajowca, Polaka. Wprowadzili Jędrzeja do pierwszej klasy, posadzili w ławce i tyle. Dzieciak bez norweskiego, z angielskim pozwalającym mu na przedstawienie się z imienia i nazwiska. I tak siedział. Nie rozumiał nic, a inni wokół się po prostu śmiali. Pamiętajmy, że to była pierwsza klasa gimnazjum, czyli młodzież w wieku – nazwijmy to – średnio przyjemnym i łatwym do opanowania. Na szczęście – jak już wspomniałam, po kilku moich wizytach w szkole i upomnieniach o jak najszybsze rozwiązanie tej sytuacji, zatrudnili nowego nauczyciela – Polaka. Pełnił rolę pedagoga, tłumacza, psychologa. To pomogło. Po miesiącu syn powiedział mi, że nie chce już wracać do Polski. To była dla mnie ważna informacja. Mieliśmy taką umowę, którą oboje bardzo poważnie traktowaliśmy, że jeśli nie on po miesiącu będzie nadal czuł się tutaj źle, to wracamy. Wytrzymał. Po trzech miesiącach mówił po norwesku tak dobrze, że nauczyciela oddelegowano do innych zadań. Polecamy również
UDOSTĘPNIJ
Skip to content