To słowo widzimy wszędzie, dosłownie wyskakuje ono z przysłowiowej lodówki.

Jak zrobić to czy tamto, jak coś zrobić szybciej, lepiej, doskonale.

Jak się ubrać, jak być super żoną, matką i na dodatek kochanką. Jak się zachowywać, a jak nie, na którą stronę świata wieszać papier toaletowy, żeby wszystko poszło gładko. Jak prowadzić biznes, żeby szybciej wzbić się na wyżyny. Jak szybciej dotrzeć do celu? Jak, no jak?

Jak, jak, jak? W dzisiejszym świecie zewsząd bombardują nas te słowa i w magiczny sposób znajdują się ludzie, którzy znają jakąś tajemniczą drogę na skróty do absolutnie wszystkiego.

Ale czy pod przykrywką tego „jak sobie coś skrócić i dotrzeć do celu szybciej”, odbieramy sobie tym samym możliwość odkrycia własnego potencjału, który w nas drzemie? Przeżycia własnej, niepowtarzalnej, wspaniałej podróży? I pozwolenia sobie na to, aby każdy aspekt wydarzył się w odpowiednim do tego dla nas, momencie?

Każdy jest inny. Każdy ma swoją drogę. Często znalezienie sobie osoby, która nam wskaże kierunek, pomoże, jest jak najbardziej dobre. Wszystko jest dla nas. Jednak z umiarem. Wspaniale obrazuje to cytat, z mojego ukochanego, odkrytego i docenionego przeze mnie (dopiero teraz, jako dorosła kobieta!!!), „Małego Księcia”.

„Ludzie… wpadają w wartki prąd czasu, nie pamiętając już, czego szukają. Machając gorączkowo rękami, kręcąc się w kółko… To nie ma żadnego sensu.”

I tak kręcimy się w kółko, zamiast wyruszyć w tę wcześniej wspomnianą podróż. Miałam w swoim niedawnym życiu fazę na wysłuchiwanie, czytanie, wyszukiwanie wszelkiego „jak”. Jak, które z każdym dniem rosło coraz bardziej. Miałam wrażenie, że wszędzie to widzę. Kursy, szkolenia, podnoszenie efektywności, przedsiębiorczości, słuchanie niby mentorów. Intuicyjnie czułam jednak, że coś tego jakby za dużo. Że coś jakby mnie przytłacza, przygniata, wysysa ze mnie energię jak odkurzacz. Doszło do tego, że nie zaparzyłam sobie kawy w mojej kawiarce, wcześniej nie googlując informacji o tym, jak to poprawnie zrobić wg baristów, którzy radzą JAK taką kawę sobie przygotować, żeby była wyśmienita. Że wodę wlać już zagotowaną, że ziarna muszą być średnio zmielone. Jak ubić idealną piankę. I do tego jeszcze sobie strzelić wzorek na tej wybujałej piance. Na każdym kroku, ktoś podpowiadał w zasadzie, jak mam żyć. Jak nie jeden, to drugi, oszaleć można było od nadmiaru informacji. I tak sobie dreptałam po ścieżkach życia, jak takie, jak to mówią Hiszpanie “como pollos sin cabeza”, czyli dosłownie „kurczaki bez głowy”. Które biegną, gdzie im się zarządzi, bo i tak nic nie widzą, więc co za różnica, w którą stronę i po co, i gdzie.  A wszędzie i tak panowała ciemność. Coś w tym było. A światła, no właśnie, ani widu, ani słychu.

Aplikacje do efektywności, produktywności doprowadziły mnie wręcz do niezrozumiałego niepokoju. Jednak intuicyjnie czułam, że czegoś jest za dużo, że to nie moje, że coś sobie, idąc tym tropem, odbieram.  Ale nie wiedziałam co. Po pewnym czasie, po różnych próbach, zorientowałam się, że wszystko ma swój moment.  Że niczego nie przyspieszę, że muszę przeżyć, to co jest mi dane doświadczyć, że pewnych rzeczy nie uniknę, bo i tak mnie znajdą i dogonią. Że wszystko się zdarza w odpowiednim momencie. Że mimo, że ktoś mi powie, jak coś zrobić szybciej, to tak naprawdę nie ma drogi na skróty.  Że te wszystkie odpowiedzi na pytania „jak”, drenują moją energię i że nie wykorzystuję swojej mocy sprawczej, a czułam, że takową w sobie gdzieś tam mam. Ale ona w tamtym momencie sobie bardzo smacznie spała. Bo też nie miała potrzeby się budzić, skoro odpowiedzi na moje pytania i porady pozornie znajdowałam wszędzie, w świecie zewnętrznym, tylko nie w sobie.

Porady, jak skrócić sobie cokolwiek, a szczególnie drogę do czegoś, do niby osiągnięcia celu, poddaję pod wątpliwość. Skrócenie drogi to dosłownie pozamykanie wszelkich drzwi z oknami włącznie. To niepozwolenie sobie na podziwianie widoków w międzyczasie, a jedynie wyściełanie jej miękką trawką i podążanie za czyimiś, nie naszymi, drogowskazami, żeby wygodnie nam się szło i żeby było łatwiej i szybciej, rzecz jasna. To jednoznaczne z nie pozwoleniem sobie na zatrzymanie się, na refleksję, w jaki sposób my chcemy daną rzecz zrobić, jak chcemy coś przeżyć i przede wszystkim to nie pozwolenie sobie na zadanie pytania: „Czy to jest moje?”, „Czy to do mnie pasuje?”. Bo nawet nie przychodzi nam to do głowy. Często ślepo podążając za tym, co ktoś mówi, uznajemy to za wielką prawdę. Czasami, o zgrozo, jedyną (nie mów, że Ci się to nie zdarzyło, bo mnie tak).

To trochę tak, jakbyśmy dosłownie założyli na oczy taką opaskę do spania, dla tych, co lubią i muszą mieć do snu egipskie ciemności (jak ja). I ta opaska, tak miło otula, dopasowuje się do naszej twarzy, że aż żal ją ściągać, bo i po co, skoro jest tak wygodnie? To tak, jakbyśmy dali się w pełni prowadzić za rękę, podążając krok w krok, za śladami czyjejś odpowiedzi na „jak”.  Gdy to wszystko odrzucimy, nagle okazuje się, że wiele rzeczy po prostu wiemy, nie wiadomo skąd. Że wszystko dosłownie płynie, wychodzi łatwo, bo robimy coś autentycznie, zgodnie ze sobą. Im więcej wiedzy, tym mniej miejsca na kreatywność, na naszą intuicję, na naszą autentyczność i naszą moc.

Teraz dla odmiany, z radością akceptuję i celebruję swój charakter, (jak to mawia moja przyjaciółka od dawna), charakter kota, czyli takiej postaci, która chodzi własnymi ścieżkami i wierzy, że kierunek, w którym akurat niosą mnie nogi po wcześniejszym uzgodnieniu z sercem, jest właściwe. Czasem nie wiem, po co gdzieś idę w danym momencie, ale idę, robię, bo w głębi czuję, że to najodpowiedniejsze rozwiązanie. Najlepszy scenariusz. Gdy potrzebuję, korzystam z wiedzy innych, ale z umiarem. Kawę parzę, tak jak mi się podoba, a wszelkie apki zamieniłam na po prostu — listę zadań i Excel w razie potrzeby. Proste rozwiązania są najlepsze. Brak komplikacji. Brak oporu. Ciężkość zamieniam na lekkość. Warto być otwartym i skorzystać z cudzych odpowiedzi, ale warto także mieć oczy i serce szeroko otwarte, na to, co nam podszeptuje dusza. Jednak droga do jej usłyszenia często jest długa. I każdy, jeśli tylko tego zapragnie, do tego dojdzie, prędzej czy później. Najlepiej swoją własną, wspaniałą, niepowtarzalną drogą, w której odkryjemy sposób na błyszczenie swoim autentycznym blaskiem. Ale o tym innym razem.

Czytaj także: Słuchanie serca — jak nie trafić na g*wienko w sreberku?

UDOSTĘPNIJ

Używamy plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość korzystania z Internetu. Zgadzając się, zgadzasz się na użycie plików cookie zgodnie z naszą polityką plików cookie.

Close Popup
Privacy Settings saved!
Ustawienie prywatności

When you visit any web site, it may store or retrieve information on your browser, mostly in the form of cookies. Control your personal Cookie Services here.

These cookies are necessary for the website to function and cannot be switched off in our systems.

Technical Cookies
In order to use this website we use the following technically required cookies
  • wordpress_test_cookie
  • wordpress_logged_in_
  • wordpress_sec

Odrzuć
Zapisz
Zaakceptuj