Wszystko zaczęło się od wspomnień z lat 90., kiedy mama szyła im ubrania na domowej maszynie, i… jednej, przełomowej rozmowy podczas zbierania grzybów pod Warszawą. Dziś marka Paterns, którą Katarzyna Lamik stworzyła wraz z siostrą i szwagrem, to imperium w 100% polskiej wełny merino. Bez grama plastiku, za to z potężną dozą konsekwencji. Aby w pełni rozwinąć raczkującą firmę, Katarzyna podjęła radykalną, choć pragmatyczną decyzję: spakowała swoje życie w zaledwie jeden plecak, wzięła karton pierwszych produktów, kota i przeniosła się ze Śląska do Warszawy. W stolicy nie tylko zbudowała prężny biznes, ale niespodziewanie znalazła też miłość. W bardzo szczerej rozmowie z GentleWoman Polska założycielka zdradza, dlaczego w kluczowym momencie walki o wycenę spółki kategorycznie odmówiła zrobienia wyprzedaży i uświadamia nam, dlaczego w kobiecym biznesie wrażliwość musi wreszcie zacząć iść w parze z twardym Excelem.
Spis treści:
- Narodziny marzenia: Spacer na grzyby, mentor z kapitałem i powrót do korzeni.
- Karton, kot i miłość: Jak Katowice i praca w IKEA ukształtowały bizneswoman, a Warszawa dała jej dom.
- Kolorowa rewolucja PATERNS: Dlaczego malarka oddała stworzenie nazwy ekspertowi?
- Magia włókna, wełna merino: Na himalajski szczyt, do biura i dla „wiecznych zmarzluchów”.
- Lekcja pokory: Kiedy Instagram kłamie, e-commerce nie wybacza, a ego podpowiada złe decyzje.
- Walka o wycenę i twarde cyfry: Sprzedaż udziałów, grudzień bez promocji i trzycyfrowe wzrosty.
- Dziewczyny, liczcie!: Szklany sufit, kalkulator i definicja prawdziwej GentleWoman.
Piotr Chodak, Redaktor Naczelny GentleWoman: Gdy czyta się o Waszych wielomilionowych obrotach, łatwo zapomnieć, że za każdą firmą stoi człowiek i jego osobista historia. A początki Paterns to opowieść na wskroś rodzinna, wręcz sentymentalna.
Katarzyna Lamik: Zdecydowanie! Paterns założyłyśmy w 2017 roku – my, czyli dwie siostry, Kasia i Iza. Zrealizowałyśmy w ten sposób nasze odwieczne marzenie. Impulsem do stworzenia pierwszej kolekcji były narodziny Janki, córki Izy. Ale ta prawdziwa, najgłębsza inspiracja sięgała znacznie dalej – do lat 90., kiedy nasza mama z pasją szyła ubrania dla siebie i dla nas. Chciałyśmy wskrzesić tę miłość do ubrań tworzonych z duszą. Wtedy w ogóle nie myślałam o liczbach, byłam świeżo po malarstwie na ASP. Szukałam po prostu pomysłu na stworzenie fajnego miejsca pracy dla siebie i dla innych.
I wtedy pojawił się las, prawda? Słyszałem, że kluczowa dla samego powstania firmy i podziału ról była pewna dość prozaiczna rozmowa podczas zbierania grzybów…
Katarzyna Lamik: (śmiech) Tak! Nasza firma od początku była projektem, pomysł wykrystalizował się w 2016 roku na spacerze na grzybach pod Warszawą! Rozmawiałam wtedy z moją siostrą Izą i moim szwagrem, Maćkiem. Maciej już wtedy zarządzał dużym zespołem w firmie technologicznej, był ode mnie starszy i miał ogromne doświadczenie. Można powiedzieć, że z tych naszych rozmów wyłonił się jako mój mentor. To on miał kapitał do zainwestowania. Iza zafascynowała się wełną merino, a ja złożyłam wypowiedzenie w korporacji i wzięłam na siebie całą egzekucję, inwestując swój czas. Tak podzieliliśmy role. W międzyczasie Iza z Maćkiem wzięli ślub, a na weselu… występowali już w prototypach PATERNS’owej kolekcji! Mieli na sobie takie same, nasze autorskie koszule. To był najpiękniejszy, choć zupełnie nieoficjalny debiut marki.

Rozwój tego debiutu wymagał od Pani odważnych życiowych kroków. Przeprowadzka do Warszawy z jednym kartonem i kotem brzmi jak scena z filmu. Skąd ta decyzja? To nie była chyba ucieczka?
Katarzyna Lamik: Zdecydowanie nie uciekałam, to był bardzo świadomy, choć skromny logistycznie start! Pochodzę ze Śląska. Zanim marka ruszyła pełną parą, pracowałam w IKEA w Katowicach. To tam, obserwując potężne, korporacyjne mechanizmy, uczyłam się planowania asortymentu i tego, że projektowanie musi zaczynać się od ceny. W 2018 roku zapadła decyzja: przenoszę się do stolicy, by być bliżej centrum wydarzeń i móc w pełni rozwinąć ten raczkujący biznes, który nie przynosił jeszcze zysków.
W kwietniu spakowałam dosłownie jeden karton z pierwszymi samplami ubrań Paterns, do plecaka wrzuciłam kilka swoich rzeczy, wzięłam kota i przyjechałam do Warszawy. To był po prostu skok na głęboką wodę. W ciągu dnia pracowałam na krótkim kontrakcie, znów dla IKEA, by mieć za co żyć, a wieczorami i w weekendy budowałam markę. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że wyjechałam do Warszawy za pracą i… w międzyczasie się zakochałam. I tak już w tej Warszawie zostałam na dobre.
Nazwa firmy – Paterns. Brzmi światowo, ale kryje się za nią bardzo konkretna innowacja. Kto za nią stoi, skoro Pani jest z wykształcenia malarką?
Katarzyna Lamik: Na początku próbowaliśmy oprzeć nazwę na naszym nazwisku – Lamik. Jednak w pewnym momencie ugrzęźliśmy. Zrozumiałam wtedy, że w biznesie trzeba potrafić oddać stery w ręce kogoś mądrzejszego w danej dziedzinie. Zwróciliśmy się do eksperta od brandingu, Michała Janicy, i to on stworzył nazwę Paterns. Doskonale uchwycił to, co robimy. Nazwa to z jednej strony akronim słowa „parents” (rodzice), a z drugiej odniesienie do „patternów”, czyli wzorów. Nikt na świecie wtedy wełny merino nie zadrukowywał we wzór! Byliśmy absolutnie pierwsi. My od początku chcieliśmy odczarować nudną, outdoorową odzież, więc te nasze kolorowe paterny były mocnym wyróżnikiem marki. Gdy zaczynaliśmy, więksi giganci na rynku odchodzili od 100% merino na rzecz domieszek. My uparliśmy się na czyste włókno. Dzisiaj widzimy moment odwrotu gdyż giganci znów wracają do 100% merino, ale my wciąż mamy swoją wyjątkową, wzorzystą tożsamość.
Dlaczego wełna merino jest aż tak wyjątkowa? Mówi się, że noszą Was himalaiści, ale i kobiety w biurach.
Katarzyna Lamik: Merino to obietnica bezkompromisowego komfortu. Sportowcy i entuzjaści outdooru doskonale znają te właściwości. Co nas wyróżnia? Wełna merino, nawet kiedy jest mokra, pozostaje ciepła. Wyobraź sobie wspinaczkę, w której masz mocne podejście, pierwsza warstwa całkowicie przemoknie, wchodzisz na szczyt… i nie masz na sobie zimnego kompresu, jak w przypadku bawełny.
Ma najlepszy stosunek wagi do ciepła. Możesz wyciągnąć z plecaka t-shirt ściśnięty w małą kulkę, założyć na siebie i on się nie gniecie. Ma też właściwości bakteriostatyczne i nie rozwijają się na niej bakterie odpowiadające za brzydki zapach, co jest zbawienne dla osób z AZS (atopowym zapaleniem skóry). Tworzymy termoaktywne ubrania, począwszy od skarpetek i majtek, po czapki. A drugą, ogromną grupą naszych klientek są po prostu… kobiety, które ciągle marzną!
I to wszystko, od pierwszego do ostatniego szwu, szyjecie u nas, w Polsce?
Katarzyna Lamik: Tak, szyjemy wyłącznie w Polsce. Od początku do końca. Gotowe produkty magazynujemy, pakujemy i transportujemy bez użycia plastiku.
To brzmi jak piękna, gładka historia sukcesu. Ale wszyscy wiemy, że zderzenie pasji z prozą życia e-commerce bywa bolesne. Kiedy pierwszy raz poczuła Pani, że marzenie uderzyło w ścianę biznesowej rzeczywistości?
Katarzyna Lamik: Na samym starcie. Wydawało mi się, jak patrzyłam na Instagrama, że sukces to kwestia kilku ładnych zdjęć i towar wyprzeda się w minutę. Odpaliliśmy sklep online i… nie wydarzyło się nic. E-commerce uczy ogromnej pokory. To nie piękny film, to mrówcza, codzienna praca, optymalizacja, poprawianie układu strony, walka o przetrwanie krok po kroku.
Były też błędy z dywersyfikacją. W pewnym momencie, czując, że dobiliśmy do „wełnianego sufitu”, wypuściliśmy wielką kolekcję z lnu, a potem kupiliśmy drugą, „cukierkową” markę modową Nalu. Zrobiłam to, by zaspokoić własne ambicje projektanckie, połechtać ego. Zrozumiałam wtedy brutalną prawdę: nie da się być dobrym we wszystkim. Po dwóch latach markę poboczną zamknęliśmy, skupiając całą energię z powrotem na Paterns.

Porozmawiajmy zatem o twardym biznesie. Firma rosła, w końcu sprzedaliście część udziałów. Jak wycenia się taką markę i jak wygląda to od strony finansowej?
Katarzyna Lamik: Zeszły rok zamknęliśmy wynikiem 5,4 miliona złotych obrotu, co dało nam 120% wzrostu. W tym kwartale mamy już 150% wzrostu rok do roku, więc apetyt rośnie i celujemy w „ósemkę”, a może nawet „dychę” w tym roku.
Ale nie zawsze było tak łatwo. Kilka lat temu sprzedaliśmy dwadzieścia kilka procent udziałów. Wycena w dużej mierze opierała się na obietnicy, gdzie musieliśmy dowieźć w kolejnym roku konkretny cel finansowy: milion dwieście tysięcy złotych obrotu. Byliśmy pod ogromną presją, bo wiedzieliśmy, że jeśli tego nie zrobimy, wartość naszej marki spadnie, a część ceny zamieni się na pożyczkę do spłaty.
Pamiętam, że przyszedł grudzień i wciąż nie byliśmy pewni, czy dowieziemy ten wynik. Maciek, mój wspólnik, zapytał: „To co, może zrobimy jakąś promocję?”. Powiedziałam twardo: NIE. Nie robimy promocji. Nasz produkt jest wart swojej ceny, nie możemy obniżać jego wartości i oszukiwać klientów tylko po to, by dociągnąć nasze cele inwestycyjne. Dowieźliśmy ten wynik bez obniżek.
To dowód ogromnej siły. Co w takim razie powiedziałaby Pani kobietom, które czują, że w biznesie wciąż istnieje „szklany sufit”?
Katarzyna Lamik: Szklany sufit w wielkich korporacjach istnieje, dlatego mówię: zakładajcie własne firmy! Mam jednak jedno twarde przesłanie. Prowadziłam kiedyś szkolenia dla właścicielek marek odzieżowych i zauważyłam jedno: dziewczyny, wy nie liczycie! Skupiacie się na estetyce, marketingu, pięknych sesjach. Mężczyźni przejmują te biznesy i wchodzą na szczyt, bo po prostu siadają do Excela. Albo chcecie prowadzić biznes, albo chcecie „wybierać kolorki”. Nie bójcie się kalkulatora i tabelek, bo to one dają Wam prawdziwą sprawczość i wolność tworzenia.
A definicja tej wolnej, świadomej kobiety? Kim dla Katarzyny Lamik jest „GentleWoman”?
Katarzyna Lamik: O Jezu, w ogóle się nie przygotowałam na to pytanie! (śmiech) Gentlewoman… to na pewno kobieta z klasą, elegancka. Bardzo bym chciała taką być. Ale jak patrzę na siebie, to widzę, że mam w sobie za dużo luzu i takiego czystego, szalonego entuzjazmu, gdy jestem w tym swoim żywiole. Pojęcie GentleWoman kojarzy mi się z ogromną dorosłością i pewną dojrzałością. I myślę, że ten mój biznes, ze swoimi twardymi cyframi, trudnymi decyzjami i nieustannym budowaniem relacji, właśnie tej dojrzałości każdego dnia mnie uczy.
Od redakcji: Katarzyna Lamik nie wstydzi się mówić o swoich porażkach, błędach i rozczarowaniach. To dzięki nim wciąż uczy się, jak łączyć artystyczną wrażliwość z twardymi liczbami w Excelu. Po tych kilku intensywnych latach na rynku marka wciąż pozostaje wierna ideałom, z których wyrosła: rodzinie, naturze, produkcji w Polsce i pakowaniu z ograniczeniem plastiku do absolutnego minimum. Katarzyna wie, że GentleWoman to nie tylko kobieta, która nosi ubrania z klasą, lecz przede wszystkim taka, która tworzy własne zasady i pozostaje im wierna nawet wtedy, gdy znacznie łatwiej byłoby powiedzieć „tak” inwestorom, niż stanowcze „nie” w obronie własnej wartości.
Wywiad przeprowadził: Piotr Chodak, Redaktor Naczelny GentleWoman Polska