Anna (Amy Adams) to cierpiąca na agorafobię psycholog dziecięca. Po niedawno przeżytej traumie nie opuszcza swego gigantycznego domu, niebezpiecznie eksperymentując z antydepresantami i alkoholem. Jej ulubionym zajęciem jest podglądanie przez okno sąsiadów z naprzeciwka, w szczególności bogatej rodziny Russellów.

Po odwiedzinach syna sąsiadów Ethana Russella (Fred Hechinger) i jego matki Jane (Julianne Moore), Anna dochodzi do wniosku, że w rodzinie istnieje problem przemocy. Jej obawy potwierdzają się, gdy pewnego wieczoru staje się świadkiem rodzinnej awantury zakończonej brutalnym morderstwem. Gdy jednak przybyli na miejsce policjanci nie potwierdzają zbrodni, Anna przestaje rozpoznawać, co jest prawdą, a co złudzeniem.

Joe Wright dał się poznać przede wszystkim jako twórca plastycznych adaptacji literatury na czele z „Dumą i uprzedzeniem”, „Anną Kareniną” i „Pokutą”. W jego nowym filmie „Kobieta w oknie” wizualne rozsmakowanie widać od samego początku – świat ograniczony do labiryntowego domu Anny reżyser konsekwentnie odmalowuje za pomocą oranżu i koralu, turkusu i spranej zieleni. Wright nie szczędzi też nawiązań do klasycznych kryminałów, od oczywistego filmu „Okno na podwórze” poczynając, na „Urzeczonej” kończąc (Anna jest zresztą fanką kina noir). Przekrzywione kadry i rwany montaż, mające odwzorować pogarszające się władze poznawcze Anny, przypadną do gustu fanom hitchcockowskiej spuścizny.

Stracone okazje

Powieść A.J. Finna, na podstawie której zrealizowano „Kobietę w oknie”, spotkała się z dosyć dobrym przyjęciem zarówno wśród widzów, jak i krytyków. Trzeba przyznać, że nawet jeśli niektóre zabiegi są zbyt oczywiste i nie pozostawiają pola do snucia teorii i domysłów, „Kobieta w oknie” ma niezły punkt wyjścia. Choć dość szybko okazuje się, że nie będzie to thriller najwyższych lotów, można mieć przynajmniej nadzieję na poprawny kryminał zrealizowany wedle prawideł gatunku. Jednak mniej więcej w połowie staje się jasne, że film Wrighta nie spełni nawet tego niezbyt wygórowanego wymagania.

Przede wszystkim spada i tak średnio intensywne napięcie. Dramaturgicznie filmowi zaczynają plątać się nogi, a spod dopracowanych kadrów wieje pustką. Hitchcockowskie pretensje ustępują kampowemu obrazowaniu rodem z filmów Briana De Palmy. Ta ostatnia kwestia sama w sobie nie jest zresztą wadą, zręczne nawiązanie do wielkiego epigona Hitchcocka mogłoby być całkiem miłym mrugnięciem do kinomanów.

Problem w tym, że przeskok estetyczny jest tak duży i nagły, że zamiast intrygować, śmieszy. Eksploatacyjne zakończenie sprawia wrażenie doklejonego z zupełnie innego filmu, przez co finałowe starcie z czarnym charakterem ociera się o absurd. Nieudane dramaturgicznie jest też rozwiązanie zagadki morderstwa. Wyrecytowane jednym tchem przez dość przypadkową osobę, zamiast autentycznego zaskoczenia wywołuje co najwyżej sceptyczne uniesienie brwi. Co gorsza, nie ma właściwie żadnego związku z prowadzonym przez bohaterkę amatorskim śledztwem, przez co poświęcony na nie czas ekranowy wydaje się zmarnowany.

Obrazy zamiast emocji

Razi przy tym mętność motywacji bohaterów, niezręczność scen konfrontacji i całkowity brak emocjonalnego ciężaru całej opowieści.
Niezbyt zachwyca przy tym filmowe aktorstwo. O ile Amy Adams całkiem dobrze radzi sobie z rolą bohaterki rozchwianej emocjonalnej i z trudem nawiązującej kontakt z rzeczywistością, reszta gwiazdorskiej obsady nie staje na wysokości zadania. Histeryczna Julianne Moore i szarżujący Gary Oldman, katalizujący wewnętrznego Normana Stansfielda, wprowadzają wrażenie chaosu i teatralnej farsy.

Sytuacja zmuszonej do egzystencji w czterech ścianach Anny budzi oczywiście skojarzenia z przymusową izolacją podczas pandemii. Bezpieczna przystań domu kontra chaotyczny, groźny świat zewnętrzny, toksyczne relacje rodzinne i wypieranie traumy budują ciekawy kontekst dla kryminalnej intrygi – niestety Wright zupełnie z niego nie korzysta. Agorafobia i podglądactwo są tu tylko chwytami popychającymi akcję do przodu, trauma – rekwizytem.

W efekcie film nie angażuje ani na poziomie emocjonalnym ani intelektualnym. „Kobieta w oknie” nie posiada nic z niejednoznaczności i gęstej atmosfery „Zaginionej Dziewczyny” czy „Niewidzialnego człowieka” zręcznie grających na tematyce manipulacji i toksycznych relacji. Wright nawet nie próbuje nadać swojej opowieści głębszego wymiaru, ślizga się po powierzchni, wierząc, że za całą psychologię wystarczą tajemniczo oświetlone kadry.

UDOSTĘPNIJ
Skip to content