– Muszę szybko. Zanim zapomnę ci co chciałam jak zapomnę. Zanim… – urywam i parskam niepohamowanym śmiechem. Chcę napisać wiadomość, ale literki zamazują się zanim dokończę zdanie. Nie pamiętam gdzie jest enter, po chwili znika moje ciało. Nagle robi mi się niedobrze i lecę rzygać do kibla. Potem rzucam się na łóżko i odkrywam pulsującą pomiędzy nogami żądze. Masturbuję się do wizerunku Zelenskiego. Dwukrotnie.

Zeżarłam kosmiczne ciasteczko.

Następnego dnia czuję się jak stary kapeć i zrezygnowana stwierdzam, że zostawiam konopie rozwiązłym ludziom z długimi włosami i wątpliwą higieną osobistą. Zresztą psychodeliki od zawsze kojarzyły mi się z odklejonymi od rzeczywistości hipisami. Historie o mężczyźnie, który odciął sobie twarz i nakarmił ją psy, czy legendy o naćpanej opiekunce, która zesmażyła jakiegoś fąfla w kuchence mikrofalowej przez lata skutecznie zniechęciły mnie, żeby nawet o nich pomyśleć. Temat psychodelików zapukał jednak do drzwiczek mojej podświadomości w 2020 roku, kiedy wraz z globalnym kryzysem egzystencjalnym, zmuszona do siedzenia w domu, podjęłam supermarketową walkę na śmierć i życie o makaron i papier toaletowy. To wtedy tam, gdzie kiedyś stał brodaty koleś z aureolą, zauważyłam pustkę.

Nie byłam jedyna. 

Niemal natychmiastowo substancje psychodeliczne zyskały na olbrzymiej popularności. Ludzie byli głodni poszukiwania zintensyfikowanych mistycznych doświadczeń, a psychodeliki dawały im obietnicę czegoś ezoterycznego. Z dnia na dzień grzyby stały się ulubionym narkotykiem założycieli start-upów i entuzjastów jogi, a banda hipisów, którzy raz do roku spotykała się na pustyni, żeby spalić wspólnie wielką kukłę, zaczęła przyciągać bardzo skąpo ubrane ikony mody, muzyki i ultra bogaczy. Jednak pomimo swojego rozpowszechnionego rekreacyjnego wizerunku, zbanowane w latach 70-tych psycho-delicje, pozostały i nadal pozostają nielegalne. 

Dlaczego?

Głównym powodem jest fakt, że działanie substancji psychoaktywnych nie jest nam jeszcze do końca znane, nawet jeżeli ceniony profesor psychofarmakologii, David Nutt, porównuje ryzyko związane z przyjmowaniem tabletek ekstazy do jazdy konnej. Nie wiem, na ile można zaufać kolesiowi, o nazwisku Nutt (nut (ang.) – świr, wariat), ale faktem jest, że substancje psychoaktywne potwierdziły swoją skuteczność w terapiach leczących depresję, traumy, zaburzenia odżywiania, a nawet choroby Parkinsona i Alzheimera. Znalazły również szerokie zastosowanie w leczeniu uzależnień od alkoholu, nikotyny, opioidów, czy kokainy. 

Dlaczego używanie nieuzależniających, nietoksycznych, bardzo rzadko wywołujących stany zagrożenia życia lub zdrowia substancji, które mogłyby mieć przełomowe działanie w leczeniu terapeutycznym, zgodnie z prawem pozostaje przestępstwem?

Być może dlatego, że koncerny farmaceutyczne zarobią znacznie więcej na lekach wymagających codziennego stosowania. A może dlatego, że zagrożenia z nimi związane, nie są poparte dowodami naukowymi, a raczej siejącymi panikę mediami? Bo w przeciwieństwie do zgonów wynikających z nadużywania legalnych środków takich jak paracetamol, czy alkohol, niebezpieczeństwa związane z działaniem psychodelików są notorycznie nagłaśniane przez środki masowego przekazu. Wydawać by się mogło, że dla wielu najstraszniejszym aspektem psychodelików pozostaje wizja, że ich wpływ na masy będzie tak dramatyczny, że doprowadzi do zdezorientowanej i ubezwłasnowolnionej populacji. Tak jakby nie była to już nasza rzeczywistość…

Oczywiście nie twierdzę, że można bagatelizować potencjalne niebezpieczeństwo wpływu substancji psychoaktywnych na nasz organizm. Psychodeliki mogą powodować długoterminowe zaburzenia nastroju i choroby z grupy psychoz, dlatego z pewnością nie są dla wszystkich. Jednak zażywanie ekstazy z intencją zrozumienia i wyleczenia zespołu stresu pourazowego, to wbrew pozorom nie to samo co wcieranie kokainy w odbyt.

Nie mi oceniać, czy renesans psychodeliczny, który teraz przeżywamy niesie za sobą większą świadomość. Wiem tylko, że wprowadzona pół wieku temu w Ameryce wojna z narkotykami, jak dotąd przyczyniła się tylko do przeludnienia więzień i przyrostu zorganizowanej przestępczości. Nie apeluję do wprowadzenia LSD do obiegu wody, tak, żeby wszystkich nas dotknęło oświecenie, jestem za to przekonana, że psychodeliki oferują łatwy dostęp do naszego, w przeciwnym razie niedostępnego, życia emocjonalnego. 

Jednak muszę zburzyć fundamenty romantycznej wizji, w której zażeranie się batonami z grzybami psylocybinowymi podczas niedzielnego pikniku ze znajomymi to droga ku nirwany. Żaden trip nie będzie dla nas nigdy pójściem na terapeutyczne skróty. Prawdziwa praca nad sobą to bowiem coś dużo mniej seksownego niż wypalenie jointa i śmiech, tak histeryczny, że graniczy z zagrożeniem życia. Sraczka i rzyganko po ayahuasce będą bowiem gówno warte (dosłownie), jeżeli nie zintegrujesz swoich doświadczeń i nie wprowadzisz w życie realnych zmian. 

Chociaż uważam, że najwyższy czas pójść za przykładem Portugalii i zacząć traktować uzależnienia od narkotyków jako chorobę, nie przestępstwo, to musimy zrozumiec, że przerwanie cierpienia milionów ludzi to ciężka tyrka, która wymaga intencjonalnego używania substancji psychoaktywnych i pełnej świadomości potencjalnych zagrożeń. Nie podczas rave’u, a z pomocą terapeuty. 

Ps. Celem tego artykuły nie jest zachęcanie nikogo do zażywania substancji psychoaktywnych.

Przeczytaj kolejny felieton: Słowo na „DZ”

UDOSTĘPNIJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *