Świat otwiera mi morze możliwości, a ja mogę wybierać i nie muszę żyć jednym życiem. Nie muszę być tylko i wyłącznie fotografką, nie muszę być tylko i wyłącznie DDA, mogę nosić różne czapki, mogę spróbować wielu rzeczy, obrócić swoje traumy w swoje największe siły, w swoje największe atuty – mówi Ola Orlikowska – Mae w rozmowie z Piotrem Chodakiem.

Dzień dobry.

P.Chodak: Dzień dobry, cześć. Jak mija dzień?

Cześć, bardzo dobrze. Zaczęłam od porannego spacerku po parku.

To piękne życie…

I zmuszono mnie do zimnego prysznica, na szczęście krótkiego.

Aha, dlaczego? Co się stało?

Żeby się obudzić. Po prostu mój chłopak jest strasznie zafiksowany na punkcie zimna i morsowania. I tak krok po kroku usiłuje mnie przekonać do tego.

Aha.

To znaczy usiłuje mnie przekonać… Ja zdaję sobie sprawę z bardzo licznych korzyści wynikających z ekstremalnych temperatur tylko, że strasznie tego nie lubię. No, ale on właśnie tak krok po kroku, najpierw zaczyna tymi prysznicami, a potem pewnie będzie mnie ciągał po jakichś zimnych jeziorach.

Dużo się mówi o krioterapii, o tym że jest genialna dla zdrowia człowieka.

Tak, tak. W ogóle to nakładanie stresu na twoje ciało jest bardzo korzystne i właśnie te ekstremalne temperatury czy sauna, czy właśnie zimno. Ja jestem zafascynowana postacią Wima Hofa i tym, co on robi, jak jest w stanie kontrolować swoje ciało. Wydaje mi się, że tam jest bardzo dużo jeszcze do odkrycia i na pewno właśnie te zimne kąpiele przynoszą więcej korzyści. Nawet nie powiedziałabym, że są neutralne, ale jest na to tyle badań, że wiesz…

Od siebie powiem, że staram się nie myć twarzy ciepłą wodą.

Okej, to dobrze działa na jędrność skóry?

Nie, nie, ja tak od zawsze. Ktoś mi bliski tak robił, ja tak robię i nie wyobrażam sobie teraz inaczej. Przyzwyczaiłem się, lepiej się czuje gdy tak robię :).

Okej, okej. A efekty? W sensie właśnie, jeśli chodzi o jędrność skóry, jak to wygląda?

Raczej robię to dla zdrowia i lepszego samopoczucia!

Rozumiem, rozumiem. No, ale widzisz, to jest trochę kwestia przyzwyczajenia.

To co, możemy coś porozmawiać o Tobie?

Oczywiście, że tak.

Ola Mae
Fot: Ola Mae

Powiedz mi coś o Twoim pseudonimie, Ola Mae jaka jest historia tego?

Ola Mae to jest ksywka, którą dostałam od jednej z moich współpracownic, kiedy pracowałam na kampusie w mojej szkole, gdzie studiowałam w Stanach. Wiesz, jak ma się polskie nazwisko, dziesięcioliterowe, do tego takie, na którym można sobie połamać język, to po prostu ciężko. Moja przyjaciółka zaczęła się do mnie zwracać ksywką, a że ksywki od dawien dawna mi się podobały i ta jakoś szczególnie zapadła mi w pamięć, to zamiast robić nazwy na Instagramie ze swoim nazwiskiem, którego i tak nikt nie potrafił wymówić to zaczęłam posługiwać się tym pseudonimem artystycznym. Ja też wiem, że dużo osób używa jakiegoś alter ego i, że właśnie taka ksywka, pseudonim, stage name może być alternatywną formą twojej osobowości i tak też przyjęłam. Stąd też wiele osób myśli, że jestem zza granicy, ale ta nutka tajemnicy też mi się podoba.

“Wychowałam się trochę w takim przeświadczeniu, że polskość bardzo mi przeszkadzała…”

A jak ty masz na nazwisko?

Orlikowska.

Przecież to nie jest trudne nazwisko.

Dla ciebie jako Polaka, owszem, ale dla Amerykanów?

Dobrze, a aktualna Ola Mae jest dla Amerykanów, czy dla Polaków?

Ola Mae jest dla Oli. Po prostu dalej mi się to podoba. To faktycznie bardzo ciekawe pytanie, nigdy pod takim względem nie myślałam, ale tak jak mówię, w pewnym sensie stało się to moim alter ego i nie chciałam tego zmieniać. Zwłaszcza, że jeśli chodzi o krąg moich znajomych to jest on bardzo międzynarodowy i dla mnie polskość i bycie Polką jest czymś, czego nadal się uczę. Brzmi to trochę absurdalnie, bo ten mój czas spędzony za granicą nie jest taki aż strasznie długi, ale z racji, że większość swojej dwudziestki spędziłam poza granicami kraju. Wychowałam się trochę w takim przeświadczeniu, że polskość bardzo mi przeszkadzała i chyba w tym momencie, kiedy zaczęłam się z nią godzić i ją akceptować, to jednak nie byłam jeszcze gotowa na to, żeby w pełni ją objąć. Może dlatego dalej jest Ola Mae, a nie Ola Orlikowska.

A kto dzisiaj brał zimny prysznic, Ola Mae, czy Ola Orlikowska?

Wiesz co, musiałabym się zastanowić nad tym, bo nie wiem… Widzisz, to jest trochę taka rozstrzelona tożsamość, w pewnym sensie. Przez długi czas tak się czułam, nie czułam się do końca Polką, ale oczywiście nie miałam też, żadnej innej narodowości. Mój charakter jest trochę inny w języku polskim, a jestem też trochę kimś innym w języku angielskim. Ale wiesz co, jak robi się zimno, jak robi się niekomfortowo, to wtedy chyba nie ma co się ukrywać, bo wtedy wychodzi najbardziej autentyczna wersja siebie, więc to była Ola. Pod prysznicem była Ola.

Trasa rowerowa przebyta przez Olę Mae
Fot: Trasa rowerowa przebyta przez Olę Mae

“Ale to raczej Ola pchała pedały i cisnęła do przodu”

A kto podróżował rowerem? (Ola spędziła 12 miesięcy w podróży rowerem …) 

W podróży było podobnie. W podróży też nie da się wielu aspektów ukryć, więc… Były elementy Oli Mae, na przykład prowadzenie mojego bloga i to, że chciałam być perfekcjonistką, chciałam zachować tą swoją tożsamość sprzed wyprawy, nie zdając sobie sprawy, że moje życie z przeszłości zostawiałam już za plecami. Wiele rzeczy się zmieniło i próbowałam chwytać to, co było kiedyś, nie akceptując tego, co miałam w momencie teraźniejszym. Dlatego, chociażby ten blog i właśnie ta tendencja do perfekcjonizmu i do tego, żeby bardzo dużo zrobić dobrych zdjęć, filmików, pisać i tworzyć coś, co było wizualnie atrakcyjne dla ludzi, coś co by sprawiało im przyjemność, kiedy będą to czytali. To było dla mnie ważne w tamtym momencie, niestety ważniejsze niż moja wyprawa. To znaczy zaczęłam ten blog dopiero po pół roku, ale niestety to były dalej wpływy mojego przeszłego życia, gdzie chciałam coś pokazać, coś komuś udowodnić. Bo przecież byłam fotografką, jechałam na wyprawę. Każdy dookoła mi mówił, że to była wspaniała możliwość do tego, żeby nastrzelać cudownych zdjęć. Ola Mae jechała z przeświadczeniem, że musi im coś pokazać, że te moje zdjęcia muszą mówić same za siebie i udowodnić, że studia w Stanach pokazały, że potrafię robić zdjęcia i, że na takiej wyprawie też to się oczywiście sprawdza. Ale to raczej Ola pchała pedały i cisnęła do przodu jak było ciężko to Ola miała te najbardziej autentyczne rozmowy z ludźmi i to Ola zaciskała pięść, kiedy było naprawdę ciężko.

Czy pamiętasz jakiś zimny prysznic z dzieciństwa?

Przeczytaj także: „Byle nie myśleć, byle nie wracać do tego co ją spotkało”

Zadajesz mi takie nietypowe pytania. Zimny prysznic metaforycznie?

Wychowałam się w domu alkoholowym, w którym panowały napięcia w dniu codziennym i nie potrzebowałam takich ekstremalnych rzeczy jak zimne prysznice. Nic nigdy nie było oczywiste i musiałam być przygotowana na każdą sytuację, bo czasami było super w domu, a czasami nie było „fajnie”. To sprawiło, że moja czujność była zawsze na najwyższym poziomie, bo musiałam bardzo szybko adaptować się do zmian sytuacji i dynamiki w domu. To były takie moje zimne prysznice.

“Ja wtedy się nie przyznałam, że to jest mój ojciec…”

Ile miałaś lat, kiedy się zorientowałaś, że jest problem alkoholowy w Twoim domu?

Myślę, że stosunkowo późno, bo moim systemem obronnym było zaprzeczenie, wiara w to, że wszystko w domu jest dobrze i udawanie przed samą sobą, że to tylko chwilowe i to na pewno przejdzie. Przecież tata jest taki fantastyczny. Ja go postrzegałam wtedy jako największego bohatera. Był osobą, którą bardzo podziwiałam w wielu aspektach i wolałam skupiać się na tym. Pamiętam taką sytuację, kiedy byłam na jakimś festiwalu, miałam wtedy już pewnie z osiem lat. Myślę, że to był taki pierwszy moment, w którym zorientowałam się, że coś jest nie tak. Ja tatę bardzo podziwiałam. Podczas tego festiwalu on wyskoczył na scenę i zaczął tańczyć. U nas rodzinne jest to, że mamy talent do tańca i bardzo dobrze się ruszamy. A więc tata, młody, przystojny, z bujną czupryną, świetną sylwetką, dodatkowo te jego kocie ruchy na scenie… W pewnym momencie, kiedy on tańczył podeszła do mnie koleżanka, z zafascynowaniem spojrzała na niego, jak wywija na parkiecie i powiedziała mi: „Kurcze, widzisz tego faceta? Ale bym chciała mieć takiego tatę”. Ja wtedy się nie przyznałam, że to jest mój ojciec, bo wiedziałam, że on jest pijany. To jest chyba taka pierwsza historia, gdzie ta świadomość się pojawiła, może nie tyle świadomość, co wstyd.

“Miłość potrafi być skomplikowana i potrafi składać się z wielu toksycznych elementów.”

Co na to mama?

O osobach, które żyją z alkoholikami mówi się, że to są współuzależnione i myślę, że ona znajdowała się w takiej sytuacji. Była emocjonalnie uzależniona od osoby, która ją krzywdziła i krzywdziła jej dzieci. Miłość potrafi być skomplikowana i potrafi składać się z wielu toksycznych elementów. Ona wtedy nie potrafiła wyrwać się z tej sytuacji. Ja mam bardzo dużo empatii do niej, bo znając jej historię i wiedząc, co wydarzyło się w jej życiu, wiem, że nie miała w sobie siły, żeby móc do końca podejmować decyzje, które chciałaby podjąć. Znalazła się w takim momencie, w takiej sytuacji, w której nigdy być nie chciała i trochę chyba nie rozumiała, gdzie była i co się działo. Myślę, że bardzo długo łudziła się jednak, że coś się zmieni. Podobnie jak łudzi się bardzo wiele osób. Ja myślę, że wszyscy się długo łudziliśmy, że coś się skończy, że coś się zmieni. Bo były takie momenty, w których picia praktycznie w ogóle nie było i to potrafiły być 2/3 miesiące, kiedy w domu był spokój. Potem zaczynały się takie ciągi, kiedy przychodził do domu pijany codziennie i kompletnie nie potrafił tego kontrolować. Dlatego wszyscy bardzo łatwo się nabieraliśmy i on też sam siebie nabierał…

“Ja zaczynam rozumieć pewne zachowania, zaczynam łączyć kropki…”

A kiedy zadałaś pytanie tacie, po co ten alkohol?

Wiesz co, pamiętam taką jedną sytuację i byłam już wtedy starsza, miałam może 15, 16, 17 lat. Tylko, że nikogo nie było w domu, byliśmy tylko my dwoje. On lubił ze mną rozmawiać, bo wiedział, że z całej rodziny ja byłam tą jedyną osobą, która miała w niego najwięcej wiary albo może rozumiała najmniej, bo była najmłodsza. Poprosiłam go wtedy, żeby przestał pić. Pamiętam, że on wybuchnął płaczem i już nie pamiętam naprawdę, czy zaczął mnie przepraszać, czy mówił, że tak bardzo by chciał przestać pić… Pamiętam tą sytuację, bo go w jakiś sposób skonfrontowałam. Do dzisiaj się zastanawiam, czy on w ogóle tą rozmowę pamięta. U mnie alkohol był tematem tabu i o nim się nie rozmawiało. Jednym z pierwszych elementów dojścia do trzeźwości dla takiej osoby jest pogodzenie się z faktem, że ma się problem. Jemu bardzo długo zajęło, żeby przed samym sobą się przyznać. Na szczęście w naszej rodzinie było tak, że ten moment nadszedł i już przez ostatnie 10 lat tego alkoholu w domu nie ma, ale to była długa podróż, żeby dość do tego momentu. On musiał uderzyć w swoje metaforyczne dno, żeby się od niego odbić.

Czy Ty byłaś, czy jesteś DDA?

Jestem. Jestem, pomimo tego, że włożyłam i wkładam dalej w swój rozwój, w swoje zdrowie psychiczne bardzo dużo wysiłku. Jest to dla mnie najważniejsza rzecz. Z pewnych traum człowiek leczy się latami i oczywiście teraz, w wieku trzydziestu jeden lat jest we mnie bardzo duża świadomość. Ja zaczynam rozumieć pewne zachowania, zaczynam łączyć kropki i to jest dla mnie bardzo wzmacniające, bo wiem, że idę do przodu i wiem, że pewnych rzeczy się pozbywam. Jak jestem sama to aż tak nie widać tych traum, ale jak wchodzę w relację, zwłaszcza z mężczyznami, to one się pokazują. To jest coś, nad czym ja oczywiście pracuję, chcę pracować i co jest dla mnie bardzo istotne, ale nie jest tak, że po prostu można ten rozdział zamknąć i on do ciebie nigdy nie wraca. To jest coś, co zostanie ze mną do końca życia. Ja mogę bardzo wiele rzeczy przepracować, mogę pogodzić się z przeszłością, zaakceptować ją i wyłapywać pewne zachowania, ale dorosłym dzieckiem alkoholika zostaje się już na zawsze. Tak samo jak zostaje się alkoholikiem. Mój ojciec dalej jest alkoholikiem, chociaż nie pije. Jest trzeźwym alkoholikiem, ale alkoholikiem zawsze już będzie.

Komu byś chciała podarować to DDA? Bardziej Oli Mae, czy Oli Orlikowskiej?

Podarować? W jakim sensie?

W sensie rozdziału, komu byś bardziej przypisała?

To jest na pewno Ola. To jest taka część mojej historii, która pomimo tego, że jest bardzo ciężka, to jest moja. Absolutnie nie mówię, że tą traumę powinno się gloryfikować albo powinno się w jakiś sposób ją usprawiedliwiać i na siłę wymuszać to, żeby dostrzegać pozytywne jej aspekty, ale ja z wiekiem świadomie wybieram, żeby to była moja siła i moja ukryta moc. Nie chcę, żeby to było coś co sprawia, że jestem towarzysko niepełnosprawna albo, że jestem w jakiś sposób bardziej skrzywdzona albo, że czegoś nie mogę przez to, co się wydarzyło zrobić. Ja raczej widzę to jako swoją siłę i dlatego to przypisuję do tej najprawdziwszej wersji siebie. Bo Ola Mae to chyba jednak jest troszkę taka fasada.

A może Ola Mae nie ma DDA?

Może Ola Mae nie ma DDA, może masz rację.

“Nikt nie wybiera się na ponad roczną wyprawę na rowerze od tak.”

Ola Mae się urodziła później.

Tak, dużo później. To już była ta osoba, która odcięła się od tej polskości. To była ta osoba, która była bardzo dumna z tego, że poszła na studia do Stanów, która pięła się po drabince i za wszelką cenę chciała udowodnić, że ja nie skończę tak, jak… (cisza), ciężko się o tym mówi, ale jak moi rodzice, i że ja mogę im pokazać, że ja mam dużo więcej… Wiesz, to jest takie udowadnianie. Pewnie nie sobie, ale swojej rodzinie. Jeżeli nie dostaje się tyle miłości, ile się potrzebowało albo nie w takiej formie, w której się potrzebowało no to ma się kilka opcji, tak? Ja wybrałam tę opcję, w której ja pokażę im wszystkim, że nikogo nie potrzebuję, więc weszłam w skrajny indywidualizm. Tych skrajności w moim życiu było bardzo wiele, no i stąd też ta wyprawa. Nikt nie wybiera się na ponad roczną wyprawę na rowerze od tak. Tam są jakieś głębsze rzeczy do przepracowania, które sprawiają, że chce się wyjechać. Tylko, że to pięcie po drabince i ten świat, który wydawał mi się taki bardzo atrakcyjny, bo tak różny od tego, który ja znałam i od tego, w którym się wychowałam, chyba trochę nie funkcjonował. Budziłam się w pewnym momencie w swoim życiu stwierdzając, że coś mi jednak nie pasuje, że niby wszystko jest okej, taki typowy syndrom kryzysu. Tylko, że to nie jest kryzys wieku średniego, tylko teraz mówi się o kryzysie ćwierć wieku. Jednostki w wieku dwudziestu pięciu, trzydziestu lat, które pną się po drabince, mają pieniądze, teoretycznie są w szczęśliwych związkach, a jednak czują jakiś niedosyt, czują jakąś pustkę i wiedzą że coś nie gra. Ja przechodziłam przez swoją wersję tego kryzysu.

Fot: Ola Mae w Lago Di Gardą

„Ulica Miła wcale nie jest miła, ulicą Miłą nie chodź moja miła…”

Czy kiedyś pomyślałaś, że jego picie to Twoja wina?

Powiem ci, że nie obwiniałam siebie za jego picie, ale chyba myślałam, że dla mnie mógłby skończyć, a nie skończył. Myślę, że to ze mną zostało. Miałam takie poczucie, jeżeli kocha mnie wystarczająco to przecież powinien, no…, ale jednak tego nie zrobił. Chyba nigdy nie obwiniałam się za jego picie, bo za dobrze znam historię mojej rodziny i wiem, że u niego to było po prostu silne genetyczne uwarunkowanie. Jego ojciec pił, sam wychował się w domu alkoholowym i sam przeszedł przez bardzo dużo krzywd. To taka ironia, bo niestety poszedł w ślady ojca i swojej rodzinie zrobił to samo. Miałam tego świadomość, bo gdzieś była informacja, która pojawiała się w rozmowach, że on z takiego domu sam pochodzi. Dla mnie to była dosyć jasna korelacja, więc nie obwiniałam się, ale chyba trochę byłam zawiedziona, że ta moja miłość nie wystarczyła.

Kto cię nauczył jeździć na rowerze?

(Ola uśmiecha się) Sama się nauczyłam, przecież jestem z domu alkoholowego, jestem Zosia Samosia. Nie pamiętam absolutnie, żeby ktoś ze mną na tym rowerze jeździł, ale bardzo wyraźnie pamiętam to pierwsze wspomnienie mojego roweru. To jest zasadniczo moje pierwsze wspomnienie i bardzo je lubię, bo ono jest wyraziste. Pamiętam, że to był czerwony składak i pamiętam, że to było zaraz po burzy, skończył się deszcz. Ja wzięłam rower, zaczęłam nim jeździć po czarnej jak węgiel szlace i pamiętam ten orzeźwiający zapach powietrza. Pamiętam gdzieś w oddali tęczę i dosłownie ogień w środku. Pamiętam tą radość, beztroskość, wolność. Od samego początku rower był dla mnie synonimem wolności i czymś, co kojarzyło mi się z wolnością od trosk, problemów.

Jak się nazywa ulica, po której jeździłaś jako dziecko?

Ulica Miła, znasz ten wiersz? „Po ulicy Miłej nie chodź”, nie pamiętam teraz do końca. Czekaj, przeczytam ci fragment, bo to jest bardzo ciekawe. Ulica Miła, wiersz. Władysław Broniewski. „Ulica Miła wcale nie jest miła, ulicą Miłą nie chodź moja miła. Domy, domy surowe, trzypiętrowe, czteropiętrowe…” Gdzieś tam jest jeszcze jakiś fragment. To dosyć ciekawy wiersz… „Moja miła ja tą ulicą nie chodzę, choćby mi było po drodze. Nawet, kiedy do ciebie się śpieszę, nie idę ulicą Miłą, bo kto wie, czy się na niej nie powieszę”. Ten wiersz jest dosyć…

Głęboki.

Głęboki. Chociaż w tym wierszu się mówi chyba o cmentarzu i jest to ulica, która znajduje się w jakimś mieście, a u mnie to jest taka ulica osiedlowa, która znajduje się blisko lasu, więc klimat jest trochę inny, ale sam fakt, że taki wiersz istnieje, że tą ulicą nie należy chodzić i że wcale „miła” nie jest. Ciekawie się to nakłada na moją historię.

Dzieciństwo Oli Mae
Fot: Dzieciństwo Oli Mae

“Do Jezusa zawsze można było pójść i paść na kolana…”

Rysowałaś jak byłaś mała?

Skąd ty takie rzeczy wyczuwasz o mnie? Rysowałam, rysowałam. Wiesz co rysowałam pierwsze? Teraz się z tego śmieję, bo jestem osobą bardzo uduchowioną, ale wybitnie niereligijną, ale rysowałam Matki Boskie i Jezusy. Przede wszystkim dlatego, że po pierwsze ten gen artystyczny w mojej rodzinie się znajdował i był bardzo silny. On też właśnie idzie ze strony mojego ojca, który jest wybitnie utalentowany, jeśli chodzi o zdolności manualne, jest złotą rączką, która potrafi wszystko zrobić / naprawić. Ja z rysowania czerpałam bardzo dużo przyjemności, a takie elementy religijne pojawiały się, bo to była wtedy moja tarcza, którą posiadałam. Do Jezusa zawsze można było pójść i paść na kolana by się pomodlić, jak była w domu jakaś awantura. Dlatego postacie religijne i w ogóle kościół były dla mnie bardzo istotne, bo do nich się zwracałam jak już nic innego nie było w stanie mi pomóc.

A Do kogo się zwracałaś, jak nikt nie był w stanie Ci pomóc w Twojej rocznej podróży?

Wtedy zwracałam się już do siebie, bo wiara przestała być elementem mojej tożsamości w wieku 18, 19 lat. To już było blisko 10 lat od kiedy żyłam bez Jezusa. Podczas wyprawy przychodzą momenty, gdzie jest się świadomym tego, że dom jest kilka tysięcy kilometrów stąd, jest się świadomym tego, że wokół nie ma się żadnej rodziny, ani bliskiej osoby. Chociaż przyjaciół zbierałam po drodze, ale rower pchałam sama. Właśnie, w chwili, gdy tych sił braknie, bo wyczerpuje się siła fizyczna, to wtedy musi wchodzić głowa. A głowę mam mocną, bo tego nauczyło mnie dzieciństwo, takiej zaradności. W tych momentach, gdzie nie miałam wokół nikogo musiałam zwrócić się do środka. Tak jak myślałam i wiedziałam, że ta głowa jest bardzo silna, to chyba nigdy nie spodziewałam się, że ten rower, że ta wyprawa… To znaczy z jednej strony się spodziewałam, a z drugiej nie byłam tego świadoma. Zaczęłam odkrywać u siebie dodatkowe pokłady potencjału. Ta fizyczność, przez to, że byłam w stanie zrobić coś, czego wcześniej nie byłam w stanie zrobić, na przykład przejechać tyle i tyle, z takim i takim obciążeniem, w takim i takim czasie, to nagle zaczęło mieć przełożenie na inne aspekty mojej osobowości. Tutaj zaczęły się dziać bardzo ciekawe rzeczy. Wtedy zaczęła się pokazywać esencja całej wyprawy.

“Ekstrawertyzm wychodził z tego, że ja bardzo chciałam być zauważona i potrzebowałam miłości, ale naturalny mój default jest w byciu samotną…”

Kiedy pomyślałaś lub kiedy poczułaś, że jesteś artystką?

Bardzo wcześnie. Bardzo wcześnie, bo byłam… Wiesz, że dobre trzydzieści lat zajęło mi, żeby się zorientować, że ja nie jestem ekstrawertyczką, tylko introwertyczką i ten mój…

Ekstrawertyzm.

Ekstrawertyzm? Tak się odmienia? Ekstrawertyzm wychodził z tego, że ja bardzo chciałam być zauważona i potrzebowałam miłości, ale naturalny mój „default” to jest w byciu samotną i kiedy właśnie myślę czasami o moim dzieciństwie to wtedy przypominają mi się… Pamiętam takie uczucie ekscytacji, podobne do tego, które czułam na rowerze i taką chęć stworzenia czegoś, chęć chodzenia po podwórku, zbierania różnych rzeczy i analizowania tego, co ja mogę z tym zrobić, jakiegoś wymyślania sobie małych projektów i realizowania ich. Pamiętam ten element samotności i ekscytacji z tego, że byłam w stanie coś zrobić. Tylko, że długo samej sobie odmawiałam tej umiejętności, tego pociągu, który miałam do sztuki, bo przecież z tego nie można robić pieniędzy, a była we mnie bardzo silna potrzeba, żeby nie klepać biedy tak, jak robiłam to w dzieciństwie. Dlatego miałam bardzo wysokie wymagania w kwestii samej siebie i myślałam o masie rzeczy, które mogłabym robić gdzieś tam. Myślałam, że najwięcej pieniędzy jest w polityce i chciałam w tą politykę pójść. Potem wiele razy mi się to pozmieniało i gdzieś tam pojawiła się miłość do języka angielskiego. Chciałam właśnie pobawić się w pewnym momencie trochę dyplomacją i jakimiś tłumaczeniami, ale potem, kiedy poszłam na studia to nagle okazało się, że to nie jest moje.

“myślę, że nie powinniśmy zapominać o tym, że sami dla siebie jesteśmy najlepszymi nauczycielami …”

Studia fotograficzne?

Nie, właśnie moje pierwsze studia to była anglistyka na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i to w sumie to było MISH. Byłam na MISHU, czyli na studiach interdyscyplinarnych, więc mogłam wybierać sobie zajęcia z różnych przedmiotów i z różnych dziedzin. Generalnie mogłam robić dwa kierunki w tym samym czasie, więc to była taka elitarna grupa. Śmieję się z tego strasznie teraz, widać było mój pociąg do tego, żeby odciąć się od mojego domu i od tego, w jakim otoczeniu się wychowałam.

Od ulicy Miłej.

Od Miłej? Trochę tak. Moja ucieczka zaczyna w wieku osiemnastu lat i kończy dopiero z ostatnim dniem mojej wyprawy rowerowej.

Powiedziałaś samotna, a ja chciałem dopytać, sama czy samotna?

Sama, sama. Fajnie, że rozumiesz rozdzielenie tych dwóch słów, bo ono jest dla mnie przepiękne. W kwestii rzeczownika to by była samotność i osamotnienie, tak? Czyli osamotnienie jako taki emocjonalny stan odczuwania izolacji społecznej, a samotność jako fizyczne bycie bez towarzystwa. Dla mnie w tym fizycznym byciu bez towarzystwa, czyli samotności jest jakaś magia, tam się wydarzają rzeczy, które się nie wydarzają w towarzystwie żadnej, innej osoby i tam jest bardzo dużo siły, bo ja mam wtedy bezpośredni kontakt z samą sobą. Dzięki temu, że jestem silna w samotności, to nigdy nie odczuwam osamotnienia. Naprawdę nie jest to rzecz, z którą się zmagam. Zmagałam się kiedyś, ale przyszedł taki moment, gdzie właśnie odkryłam swoją siłę, zrozumiałam pewne rzeczy i nagle samotność zaczęła być… Dla mnie to jest fontanna kreatywności. Z tego wychodzą wszystkie fajniejsze pomysły. Słucham samej siebie i to jest dla mnie najistotniejsze. Nauczyłam się w pewnym momencie, żeby, zamiast szukania ekspertów, którzy będą mi mówili, jak żyć, co też czasami jest istotne, bo od mentorów się uczymy… Ale myślę, że nie powinniśmy zapominać o tym, że sami dla siebie jesteśmy najlepszymi nauczycielami i, że odpowiedzi na wiele pytań, jeśli nie na wszystkie mamy już gdzieś tam w sobie. Myk polega na tym, żeby wsłuchać się w głos swojego serca. Wiem, że brzmi to banalnie…

To nie jest banalne. Ktoś mi kiedyś powiedział „Człowiek, który ma guru, nigdy nie będzie guru.”

Właśnie. Wiesz co w ogóle, jeśli chodzi o buddyzm i chociażby chrześcijaństwo, chociaż nie chcę jakby go demonizować, ale troszkę jest tak, że w chrześcijaństwie ty masz Boga nad sobą. Chociaż jestem areligijna, to w tym buddyzmie jest właśnie zwrócenie do środka samego siebie i znalezienie tego Boga w sobie i to jest energetyczne, jeśli sobie o tym pomyślisz. Oddajesz komuś tą moc i siłę i on ma nad tobą kontrolę versus ty masz tę kontrolę w samym sobie. Myślę, że to jest bardzo ciekawa dynamika.

Ile przejechałaś kilometrów na rowerze przez ten rok podróży?

Myślę, że było to około piętnastu tysięcy, plus minus, nie wiem tysiąc kilometrów, dwa… Ciężko mi ocenić, bo ja sobie codziennie robiłam notatki i naliczałam kilometry, ale nie miałam ze sobą takiego sprytnego urządzenia, jak miernik do kilometrów. Więc to są moje zapiski, które starałam się robić bardzo regularnie, ale to na pewno nie jest dokładna liczba.

Zdjęcia z podróży- Ola Mae
Fot: Zdjęcia z podróży

Poznaj GentleWoman: Dziennikarka, publicystka, pisarka – Małgorzata Domagalik.

“mam tak, że każda twarz jest dla mnie piękna.”

A więcej przejechałaś kilometrów, czy więcej miałaś myśli w głowie podczas podróży?

Na pewno myśli. Na pewno myśli, bo wiesz, czasami przejeżdża się przez jakieś tereny, które zapierają dech w piersiach i ciężko myśleć o czymś innym, niż o pięknie otaczającej cię natury. Ale nie ukrywajmy, że bardzo wiele z tych dni spędzonych na rowerze to jest poruszanie się drogą wzdłuż ciągnących się pól. Lasy trochę inaczej, bo to dla mnie inne uczucie, ale powiedzmy pola, na których nic się nie dzieje. Jedzie się tak cztery, pięć godzin i pewnym momencie włącza się autopilot. Na takim autopilocie jest jednak ograniczona liczba podcastów, czy też muzyki, której można słuchać, w pewnym momencie nie ma się innej opcji i trzeba się z tymi myślami zmierzyć. Wtedy bardzo wiele rzeczy do ciebie przychodzi, czy to są demony przeszłości, czy, tak jak w moim przypadku, wiele z tych myśli było przekierowane na kreatywność. Ta kreatywność zaczęła się wylewać z takich stron, w takich ilościach, że ja nie nadążałam, żeby robić notatki.

A ile zrobiłaś zdjęć?

Bardzo dużo, na pewno bardzo dużo ich zrobiłam. Trzaskałam na swoim głównym aparacie. Nim robiłam przede wszystkim portrety ludzi, które, jeżeli chodzi o moje preferencje fotograficzne są moimi ulubionymi. Uwielbiam pracę z ludźmi, uwielbiam ludzkie twarze. Do tego materiał zrobiony na telefonie, który był szybkim narzędziem pracy, jeżeli nie chciałam wyjmować tego dużego aparatu, i do tego miałam jeszcze drona. Nim robiłam filmiki, i zdjęcia, więc nie jestem ci w stanie powiedzieć dokładnie, ile, ale to są tysiące, tysiące zdjęć. Ciężko mi strzelić, ale podejrzewam, że około trzydziestu tysięcy, tak lekko.

A czy są jakieś twarze, które usunęłaś z aparatu?

Nie, raczej nie. Są na pewno jakieś zdjęcia, które po prostu zostały nieopublikowane, ale każda twarz jest dla mnie piękna. Bardziej chodzi o to, czy zrobiłam dobrą robotę robiąc to zdjęcie i czy ono technicznie mi się podoba, czy ma coś w sobie wyjątkowego. Ale nie, nie usuwam tych osób z mojego życia. Nie usuwam zdjęć z aparatu, zwłaszcza twarzy, tak samo jak nie usuwam z pamięci osób z mojego życia, bo one wszystkie pojawiają się z jakiegoś powodu i są istotne.

W podróży mieszkałaś też w różnych domach u ludzi. Czy spotkałaś alkohol w tych domach?

Alkohol? Tak. Alkohol pojawiał się, bo… Po pierwsze alkohol w wielu kulturach jest wręcz częścią elementarną gościnności. Czy mówimy właśnie o jakimś winie we Francji, Włoszech i Hiszpanii. Tam alkohol się często pojawiał. W ogóle ludzie mają w nawyku proponowanie tylko alkoholu jako taki ice breaker, no bo właśnie łamie gdzieś jakieś lody i wydaje mi się, że jest rzeczą, którą ludzie robią z automatu wiele razy. Nie jest tak, że za każdym razem, jak widzę alkohol to mi się przypominają sceny z dzieciństwa, ale ten alkohol nigdy nie był dla mnie jakiś atrakcyjny. W większości odmawiałam, czasami zdarzyło się, że wypiłam, ale ten alkohol… Ja nie potrzebuję żadnych używek, żeby się z kimś dogadać, ale widziałam, że w wielu ludziach wywoływało to zaskoczenie i to dosyć duże jak prosiłam o szklankę wody. Z tym, że jeżeli ja bym, za każdym razem, jak proponowano mi alkohol korzystała z tej propozycji, to nie wiem w jakim stanie bym wróciła do domu! Naprawdę zdarzało się to, nie chcę powiedzieć nagminnie, bo nie wydaje mi się, że to jest jakiś zły nawyk, to jest dla ludzi, ale pojawiało się to bardzo często. Jest to po części powiedziałabym, w jakimś sensie element kultury podróżniczej nawet i takiej właśnie gościnności, że ludzie utożsamiają ten alkohol z takim ciepłym przyjęciem kogoś do domu.

„hej, kocham swoich rodziców, ale miałam gówniane dzieciństwo”.

Już podczas tej rozmowy ustaliłem mniej więcej, kiedy odzyskałaś wiarę w siebie w rozdziale od wiary w Boga. Jestem ciekaw, kiedy wiara w siebie dała ci taką siłę, żeby tak mocno, odważnie i głęboko umieć o sobie mówić jednocześnie o tym, co przeżyłaś i aktualnie przeżywasz?

Pamiętam, taką śmieszną sytuację. To był chyba mój drugi raz pod namiotem. Słuchaj, w środku nocy, około godziny drugiej obudził mnie jakiś ryk. Oczywiście ja myślałam, że to jest już jakaś czupakabra i że w przeciągu następnych sekund zginę. Teraz już wiem, że najprawdopodobniej był to ryk jakiegoś jelenia, bo one właśnie wydają takie bardzo charakterystyczne dźwięki. W każdym razie bardzo spanikowałam nocą i pamiętam, że jak się obudziłam to byłam jeszcze dosyć roztrzęsiona i wtedy zalogowałam się na swój Facebook. Gdzieś tam poprzedniego dnia wstawiałam zdjęcie i pod tym zdjęciem był komentarz: „Nie możemy się doczekać twojej książki”. Przeczytałam ten komentarz i pomyślałam sobie:” Kurczę, o czym oni mówią? Jakiej książki?”. Nie mogłam kompletnie zrozumieć, o czym ja bym miała właściwie opowiadać w takiej książce. Myślę sobie: „No dobra, przespałam się w namiocie, prawie zginęłam, bo tu czupakabra, ale no nie jest to materiał, żebyś spisać całą książkę”. Wiesz, tak to zignorowałam i w pewnym momencie faktycznie pojawiła się idea spisania książki. Ona w bardzo wielu formach ewoluowała, zmieniała się i przechodziła przez swoje metamorfozy. Nawet w pewnym momencie podczas wyprawy miałam już spisane cztery, pięć rozdziałów danej książki, która była taką powieścią z elementami surrealistycznymi i wtedy uderzyłam w taki blok pisarski i nie wiedziałam, jak ruszyć. Mój najlepszy przyjaciel powiedział mi: „No to dobra, może napiszesz jakiś taki przewodnik dla rowerzystów i to będzie takie szybkie. To możesz to wydać po prostu na Amazonie, wrzucisz w PDF’a, napiszesz to w dwa, trzy miesiące maks i tyle. Przynajmniej będziesz z tego miała jakiś przychód. Zaczęłam pisać i nagle wylały się ze mnie takie rzeczy, że zamiast przewodnika napisałam historię swojej wyprawy. Im więcej pisałam, tym bardziej zaczęłam odczuwać potrzebę opowiedzenia całej historii z wszystkimi jej elementami. Nie, żeby powiedzieć komuś, że po prostu miałam pracę w Londynie i z niej zrezygnowałam, bo się tam dusiłam, tylko, żeby powiedzieć wszystko od początku, że „hej, kocham swoich rodziców, ale miałam gówniane dzieciństwo”. To jest jeden z elementów, które sprawiły, że jestem niezależna, że mam w sobie mega dużo ambicji, bo wiem, że na nikim innym nie mogłam polegać. Zdaję sobie sprawę z tego, że w bezbronności, w takiej właśnie otwartości jest bardzo wiele siły. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jak rozbiera się zbroję, którą się normalnie nosi, żeby funkcjonować w społeczeństwie, jest się wystawionym na ciosy i jest to właśnie bezbronna pozycja, w której wychodzi na wierzch miękki brzuszek. Ale to wcale nie oznacza, że jest to słabsza pozycja. Wręcz przeciwnie. W tym momencie neutralizuje się demony, z którymi się musimy zmierzyć. Więc ja bardzo otwarcie mówię o swojej przeszłości, o tym, przez co przechodzę. Ta nasza rozmowa dała mi bardzo wiele do myślenia. Dla mnie to jest niesamowita lekcja, że my możemy tutaj porozmawiać, bo zadajesz mi pytania, które sprawiają, że ja intensywniej myślę o swojej przeszłości, zaczynam ją bardziej rozumieć. Za każdym razem, kiedy mam takie wartościowe, głębokie rozmowy rozumiem coś więcej na temat siebie, mojej przeszłości. Osoby, które, mam nadzieję, będą czytały taki wywiad, będą widziały swoje odbicie w naszej rozmowie i to będzie też wartościowe dla nich. Problem alkoholowy jest problemem nagminnym, notorycznym w Polsce. O tym może nie do końca się mówi, ale pokaż mi osobę, która w swojej całej rodzinie nie ma alkoholika. Czy to jest bliższa, czy dalsza rodzina. Pokaż mi osobę, która nie zna kogoś, kto boryka się z alkoholizmem. Wydaje mi się, choć nie mam na to statystyk, że takich osób jest bardzo niewiele, albo wcale. Więc ta moja otwartość i to, że ja mówię o tych trudnych kawałkach sprawia, że te trudne kawałki są neutralizowane i one już mnie nie zranią, bo ja odbieram im w ten sposób moc. To jest fajna rzecz na bardzo wielu płaszczyznach, bo robię dobrze sobie i robię dobrze osobom, które mnie słuchają i które mogą się utożsamić z moją historią.

Światu i ludziom dobrze robisz. Wiesz co? Zanim zadzwoniłem przeczytałem rozmowę z Magdą Cielecką, przeczytałem również wywiad z Nosowską, oraz córką Uli Dudziak i jakby, dlatego też, troszeczkę od innej strony chciałem z Tobą porozmawiać. Chciałem abyśmy poruszali intymne tematy na różnych płaszczyznach i osobiście bardzo Ci dziękuję za tą rozmowę, ale mam jeszcze jedno pytanie, które będzie klamrą. 

Ola Mae w podróży
Fot: Ola Mae w podróży

“mogę nosić różne czapki, mogę spróbować wielu rzeczy, obrócić swoje traumy w swoje największe siły, w swoje największe atuty”

Gdybyś miała kilkanaście lat i przeczytałabyś taką rozmowę/wywiad jaką my teraz mamy ze sobą, to co ona by Ci dała?

Myślę, że dałaby mi bardzo dużo nadziei na to, że… Jednym z powodów, dla których zaczęłam rozmowy z młodzieżą, zaczęłam jeździć po szkołach i zaczęłam opowiadać o swojej wyprawie, jest to, że chciałam, żeby te wszystkie młode osoby, które borykają się z jakimiś problemami, które czują się niezrozumiane, które czują, że wylądowały, w jakiejś sytuacji, z której nie ma wyjścia, uświadomiły sobie, że jest bardzo wiele możliwości. Jako osoba, która biegała do sklepu i brała rzeczy na zeszyt, która nigdy nie pojechała na wakacje ze swoimi rodzicami, która wieczorami czuła bardzo duży niepokój, bo zastanawiała się, w jakim stanie do domu wraca jej ojciec, nigdy nie wyobrażałabym sobie, że będę miała możliwość studiowania w Stanach albo że wybiorę się na jakąś zwariowaną wyprawę i będę rok jeździła na rowerze. Nie wyobrażałam sobie, że napiszę książkę i mój przykład jest taką kroplą w morzu, w oceanie kreatywności, w oceanie możliwości. Na swoim przykładzie widzę, że fakt, że pochodzi się z jakiejś rodziny, z jakiegoś środowiska, determinuje bardzo dużo, bo to dzięki niemu ma się aż tyle zaparcia i twardą dupę, ale on nie determinuje kierunku, który wybierzemy. Myślę, że czytając taką rozmowę, pomyślałabym sobie, że jednak w tym świecie, bo też chciałabym zauważyć różnicę pomiędzy naszą kulturą, kulturą europejską chociażby kulturą Bliskiego Wschodu, gdzie też pozycja kobiety jest zupełnie inna czy jakiś innych odległych zakątkach świata, gdzie ktoś urodzi się w jakimś plemieniu bez elektryczności, nie wrzucam wszystkich do jednego worka… Ale w naszej kulturze, kulturze europejskiej, gdzie my jesteśmy bardzo uprzywilejowani, chociaż nadal nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę, ale większość ludzi w Polsce ma chociażby prąd, ma bieżącą wodę i ma toaletę, a to są bardzo duże korzyści, to są bardzo duże możliwości i nie ma tego rozróżnienia – kobiety też mogą studiować. My jesteśmy w bardzo uprzywilejowanej pozycji i ja zdaję sobie z tego sprawę. Więc z tej uprzywilejowanej pozycji, czytając taki wywiad, miałabym wrażenie, że naprawdę jestem w stanie stworzyć swoją rzeczywistość i jeżeli chcę coś zrobić, niekoniecznie dostanę się tam w sposób, w jaki chciałam się tam dostać, ale, że świat otwiera mi morze możliwości, a ja mogę wybierać i nie muszę żyć jednym życiem. Nie muszę być tylko i wyłącznie fotografką, nie muszę być tylko i wyłącznie DDA, i mogę nosić różne czapki, mogę spróbować wielu rzeczy, obrócić swoje traumy w swoje największe siły, w swoje największe atuty. Po prostu dałoby mi to poczucie sprawczości. Myślę, że taki wywiad sprawiłby, że uwierzyłabym bardziej w siebie, że widziałabym taką osobę, która pokazuje mi coś nowego, coś innego. Lubię swój przykład, bo chyba też trochę pokazuję, że nie trzeba iść standardową trasą, nie trzeba kończyć studiów w takim i w takim wieku, nie trzeba mieć partnera, kiedy się kończy trzydzieści lat, rozumiesz, o co chodzi.

Rozumiem.

Wiele takich konwenansów, w które wierzymy i, których nie kwestionujemy, one tak naprawdę nie muszą być zupełnie częścią naszej rzeczywistości. To my ustalamy, w czym się dobrze czujemy i zamiast wierzyć w to, co mówi nam ta marynata kulturowa, w której się kisimy, to fajnie zastanowić się dla samego siebie, w jaki sposób ja tak naprawdę chcę żyć, do czego tego życia potrzebuję i bardzo dogłębnie zastanowić się nad samym sobą, bo to jest chyba najlepszą rzeczą, którą możemy zrobić.

“To, czego szukałam po całym świecie znajdowało się dużo bliżej niż mogłabym się tego spodziewać.”

Paradoksalnie każdy z nas ma swoją ulicę Miłą, każdy z nas ma aparat fotograficzny, każdy z nas ma rower…

Powiem tak, wyprawa nauczyła mnie tego, że do szczęścia potrzeba bardzo niewiele, a to, że ja przez dwanaście lat mieszkałam w różnych miejscach, goniłam za tymi błyskotkami… Nagle okazuje się, że wszystko, czego szukałam jest dokładnie w tym samym miejscu, z którego uciekłam i to spowodowało taki ogromny spokój. Spokój, którego nie znałam nigdy wcześniej i akceptację wszystkiego. To dało też mi taką nową parę oczu, z którą patrzę na te same rzeczy, które mnie otaczały, z którymi się wychowałam, ale widzę je w zupełnie innym wymiarze. Nagle te najprostsze rzeczy z tych wszystkich krajobrazów, z tych wszystkich miejsc, które odwiedziłam podczas tych trzynastu miesięcy… Wiesz, jaki był najpiękniejszy?

Nie wiem.

Najpiękniejszy był powrót do mojego rodzinnego domu, do lasu, który znajduje się tam pięćset metrów od mojego domu. Jak zobaczyłam ten las to stwierdziłam, że nic innego w życiu nie widziałam, co mogłoby się równać z tym pięknem. To jest miejsce, z którego pochodzę i wreszcie pojawiła się we mnie taka akceptacja, zobaczyłam to wszystko innymi oczami. Zrozumiałam, że nie ma już co uciekać i że tutaj czuję spokój i bezpieczeństwo. To, czego szukałam po całym świecie znajdowało się dużo bliżej niż mogłabym się tego spodziewać. Tylko, żeby to znaleźć musiałam wyjechać.

Dziękuję Ci bardzo.

To ja tobie dziękuję.

Do usłyszenia zatem.

No mam nadzieję!

Ola Mae za dziecka
Fot: Ola Mae w wieku dziecięcym

Piotr Chodak – po rozmowie z Olą zdałem sobie sprawę, że nie zadałem jeszcze jednego pytania, komu Ola dedykuje swoją książkę pt. „Cebula Czarownic”, która jest owocem nie tylko samotnej podróży, ale głębokiego przezywania swojego życia ponownie …?

Mam nadzieje, że kiedy Ola przeczyta raz jeszcze ten wywiad wówczas dopisze w swoich spotkaniach z ludźmi kolejny rozdział również o tym.

Ola Mae – fotografka, blogerka, autorka książki „Cebula Czarownic”, podróżniczka 

Cebula Czarownic opowiada o przygodzie młodej fotograf, która wyrusza w podróż rowerem. Z powodu nieoczekiwanych wydarzeń, wyprawa, która miała trwać 6 miesięcy, przedłuża się ponad dwukrotnie, a zwykła jazda na rowerze przemienia się w podróż w głąb siebie.
Cebula Czarownic to opowieść, która może brzmieć jak tytuł bajki, ale nie jest historią, którą chciałbyś opowiedzieć swoim dzieciom przed snem. Książka pełna jest niesfornego języka i rubasznego humoru, a autorka wyśmiewając swoje własne przywary, dzieli się osobistą historią, która nie stroni od ciężkich i bolesnych kawałków z przeszłości. To historia o stawaniu się kobietą w trzeciej dekadzie życia, i rozumieniu procesów, które dotychczas sterowały życiem autorki.

15 000 kilometrów, 14 europejskich granic i jednego czarnego kota później, wyprawa okazuje się czymś więcej niż 13 miesiącami w drodze – jest powrotem z 12 lat ucieczki. 

Fragmenty książki.

– Jedziemy na żaglówkę! – zarządził. Chcieliśmy zdążyć na zachód słońca, lecz zanim wypłynęliśmy w stronę otwartego morza, zapadł zmrok a jasne światła mariny rozświetliły wspinające się po stromym wybrzeżu miasto. Podczas, gdy on naciągał, poluźniał, związywał, i rozplątywał liny, ja spoglądałam na wysokie fale, które rozbijały się o burtę żaglówki. 

– „Ku przygodzie!” – pomyślałam i zaciągnęłam się jodem, czując się jak prawdziwy odkrywca. Obróciłam za siebie, żeby raz jeszcze spojrzeć na ląd, ale zamiast pięknego wybrzeża, moją uwagę przyciągnęły dziwne odgłosy wydobywające się z wnętrza mojego własnego brzucha. Najpierw coś dziwnie zagulgotało. Potem warknęło. Na skroni pojawił się zimny pot. „Właściwie nie pamiętam, żebym byłam kiedyś na morzu…” – pomyślałam. Nasiliły się fale a wraz z nimi, zdwoiła się liczba bulgotków, burczków i przelewek. – Nie czuję się najlepiej… – powiedziałam do Matteo. Naraz zakręciło mi się w głowie, a moje usta wypełniły się gorzką śliną. Zanim zdążyłam uprzedzić swojego karłowatego kompana przed nadciągającą katastrofą, ów dokonała się bez mojego świadomego udziału. 

– Zrzygałam się! – oznajmiłam wzniośle. W tym samym momencie zza wzgórza wyłoniły się dwa księżyce – jeden w pełni, drugi z penisem w stanie spoczynku. 

Byłam zbyt zaabsorbowania generowaniem następnej fali wymiocin, żeby być zaskoczoną pozbawioną wszelkiego kontekstu, gołą dupą konusa.

Raptem rolka filmu zatrzymała się na czarnym negatywie. Jest sobota. Spędzam ostatni weekend w domu rodzinnym przed swoim pierwszym samotnym wyjazdem za granicę. Zbliża się wieczór a wokół narasta napięcie. „O której zjawi się tym razem? W jakim będzie humorze?” Drzwi pokoju zatrzaskują się z impetem, a pies chowa się pod fotel. Obie z mamą oczekujemy tego, co się wydarzy. Szczegóły są niewyraźne. Może on zaczął awanturować się pierwszy, może jej po latach puściły nerwy…? Teraz szarpią się przed moimi oczami, a ja czuję łomot swojego serca. „Co jeżeli jedno z nich nie wytrzyma i rzuci się w stronę kuchni?” Stoję w drzwiach, celowo utrudniając im dostęp do nożów. Moje oczy przykrywają się mgłą. Na miękkich nogach dochodzę do łóżka, w samą porę, żeby nie stracić przytomności i nie upaść na podłogę.

Ola Mae – autorka książki „Cebula Czarownic”
Fot: Ola Mae – autorka książki „Cebula Czarownic”

Redakcja GentleWoman poleca także wywiad z Aliną Sokulską.

UDOSTĘPNIJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Skip to content